Miłego dnia…
Piątek. Wiać już zaczyna słodkim leżeniem na kanapie i liczeniem much na suficie. Weekend pod znakiem szaleństwa lub laby. O 17.00 rozpoczyna się wyścig do wind, byle szybciej do drzwi wyjściowych, klamki gorące, włos rozwiany. Prezes w dresie odda się pieleniu ogródka, dyrektor będzie mieszał z zapałem w woku, a prawniczka z Warszawy, nim wyruszy na koncert, nakarmi kota przybłędę. Sobota. Poranek lub południe (zależy od samopoczucia, a to z kolei od spożycia). To dzień najlepszy, calutki wolny. Można robić wielkie nic, można cokolwiek. Byle wykorzystać cudo zwane sobotą, bo już niedziela to tylko trzy czwarte cudu. Tak więc sobota, bożyszcze tłumów, osnute mgiełką luzu się snucie. Ten rajski czas popłynie wolno aż do kolejnego wieczora. Niedziela. Miło, przyjemnie, ale coś jakby dudnić zaczyna, coś się święci. Rzecz jasna poniedziałek. Lewe oko otwiera się od niechcenia. Reszty domyślicie się sami
PS A powyższy rysunek wykonał dla mnie mój przyjaciel Adaś Dudko. Zdolny taki niesłychanie…
This entry was posted on Monday, July 20th, 2009 at 12:15 and is filed under | Blog. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.
Witam Cię na stronie prezentującej moje zawodowe portfolio. Znajdziesz w nim fragmenty autorskich artykułów, informacje o napisanych przeze mnie książkach, a także fotografie. 




Fela July 20th, 2009 at 14:11
mówią, że póki pamięć, póty nadzieja